czwartek, 23 października 2014

Złe i nieprawdziwe rzeczy piszą, czyli o tym jak nie reagować na złe recenzje



Zacznę od niecodziennego wyznana, a mianowicie: nie lubię czytać recenzji. Okej, trochę skłamałam: nie lubię czytać polskich recenzji książek. A jest jakaś różnica między polskimi a nie-polskimi recenzjami książek, zapytacie? Otóż jest. Bo gdy wpiszecie w Google „Cassandra Clare recenzja” jest mało prawdopodobnym, że znajdziecie jakąś niepochlebną recenzję. Co innego ma się za granicą, szczególnie na takim portalu jak Goodreads.com gdzie ludzie się nie krępują i recenzują źle nawet te książki, które dostali od wydawnictwa w ramach współpracy.   

Ale recenzje nie są głównym tematem tej notki. W sumie, po części są, ale głównym tematem tej notki jest jak NIE reagować na złe recenzję.

W miniony weekend na stronie The Guardian – gazety, którą wszyscy znają raczej z bardzo dobrych tekstów – pojawił się kawałek, który wzburzył recenzentów, autorów i poniekąd wydawców.
Młoda amerykańska pisarka Kathleen Hale po wydaniu swojej pierwszej książki „No One Else Can Have You” zaczęła czytać niezbyt pozytywne recenzje. I natknęła się na jedną napisaną przez Blythe Harris. Co zaszło między panią Harris i Hale że wśród osób recenzujących książki wzbudziło taki gniew? A no Kathleen Hale w swoim artykule „'Am I being catfished?' An author confronts her number one online critic” (W wolnym tłumaczeniu: “Czy zostałam oszukana? Autorka staje twarzą w twarz ze swoim krytykiem numer jeden.” Ważne jest wskazanie, że tytuł artykułu już na początku myli czytelnika, bo „catfish” oznacza osobę, która w Internecie przybiera fałszywe imię i nazwisko w celu oszukania innych osób, na przykład by wyciągnąć od nich pieniądze. Często osoby które są owymi catfishami stwarzają zupełnie drugą osobowość w Internecie by wciągnąć niczego nie świadome osoby w romantyczny związek. MTV zrobiło nawet o tym program, wygooglajcie sobie.) napisała o tym, jak jedna jedyna recenzja doprowadziła ją „na skraj”. I może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie styl w jakim Katheleen Hale napisała swój artykuł. I jakie zawarła w nim treści.

Historia zaczyna się tak: Hale właśnie wydała swoją pierwszą książkę, i była niezwykle podniecona, że może  pokazać ją innym. Oczywiście ludzie (inny autorzy) odradzali jej czytania niepochlebnych recenzji, jednak Hale machnęła na to wszystko ręką, i tak robiąc wszystko po swojemu. Po przeczytaniu recenzji Blythe Harris, Hale czuje się lekko pokrzywdzona, bo recenzentka nawet książki nie skończyła. Co jest normalne, bo recenzenci, tak samo jak czytelnicy, nie muszą kończyć czegoś, co im zupełnie nie podchodzi. 

Potem na twitterze Hale i Blythe zaczęły korespondować… Nie, to złe określenie: zdaniem Hale Blythe zaczęła na twitterze wyśmiewać wszystko to, co ona napisała. A co zrobiła Hale?

Zaczęła Blythe stalkować. 

Chcę napisać jedną rzecz: stalkowanie przez internet czy w świecie rzeczywistym nie jest ok. Jednak  z powodu jednej recenzji zachowanie Hale przerodziło się w swoistą obsesję. Zaczęła przeglądać wszystkie konta Blythe, czy to na instagramie czy to na twitterze. Kiedy jeden z klubów książkowych chciał przeprowadzić wywiad, zapytali się, z jakim blogerem Hale chciałaby go zrobić. Blythe Harris, odpowiedziała Hale głębiej wpadając w swoją obsesję. Nie dość, że zadzwoniła do pracy Blythe (która potem okazuje się nie jest kim za kogo się podawała, co tak naprawdę nie jest ważne), to jeszcze pojechała do jej domu. Wynajęła auto i z powodu złej recenzji pojechała do domu osoby, która nie chciała jej widzieć. 

Nie ma nawet słów by opisać, jak bardzo, ale to bardzo zachowanie Hale podchodzi pod jakieś schorzenie, które trzeba leczyć z pomocą specjalistów. Co jeszcze gorsze, Hale napisała cały artykuł jakby to ona była ofiarą. Jakby ona nie przeglądała i porównywała ze swoistą obsesją zdjęć oraz postów Blythe Harris. Katheleen Hale napisała artykuł dla prestiżowej gazety w którym przyznaje się do stalkingu, tego internetowego i tego realnego I UWAŻA, ŻE WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU. Że to nie jest jej wina. Że wina leży po stronie Blythe, która wystawiła złą recenzję jej książce.

Oczywiście, recenzenci się oburzyli. To dlatego, pisali, nie możemy używać w internecie swoich prawdziwych danych. Żeby jakiś autor nie przyjechał do naszego domu i z powodu złej recenzji nie zrobił nam czegoś gorszego.

Ale, jak się okazało, to był dopiero początek weekendu.

Paige Rolland umieściła na goodreads.com recenzję pierwszego rozdziału self-published book autorstwa  Richard Brittain. Dała jej tylko jedną gwiazdkę, co nie jest dla mnie zaskoczenie  biorąc pod uwagę fragmenty, jakie w swojej recenzji umieściła. Co jest jednak zadziwiające, Paige edytowała swoją recenzję o dodatkową historię. W której opisała jak autor, Richard Brittain, przyjechał z Londynu do Szkocji tylko i wyłącznie po to, by rozbić butelkę na jej głowie. 

Dziewczyna trafiła do szpitala i miała kilka szwów, on po jakimś czasie wyszedł za kaucją z aresztu.
A wszystko dlatego, że Paige wystawiła mu na goodreads.com jedną z pięciu gwiazdek.

Morał tej historii jest taki: jeśli jesteś autorem, nie komentuj złych recenzji. Nie stalkuj osób, którzy nie polubili twojej książki, bo jak Katheleen Hale trafisz na czarną listę recenzentów i zrobisz z siebie totalnego bufona próbując bronić swoich dzieł.  Jeszcze lepiej: nie czytaj złych recenzji.

A jeśli jesteś recenzentem to nie używaj swojego prawdziwego imienia i nazwiska w Internecie. Bo jeśli wystawisz recenzję to autor może przyjechać do twojej pracy i rozbić ci szklaną butelkę na głowie.

2 komentarze: