piątek, 31 października 2014

Ile słów mam napisać?, czyli co to NaNoWriMo.



Niektórzy z was pewnie mają w głowie Historie prze duże „H”. Historie, które opowiadacie sobie jadąc tramwajem do szkoły czy pracy, Historie, do których tworzycie bohaterów, światy. Historie te zawsze kiedyś chcieliście powiedzieć, ale jedna bardzo ważna rzecz wam w tym przeszkadzała: życie. Nie macie na nie czasu, nie jesteście pewni swoich możliwości pisarskich.
Jednym zdaniem: Historie te żyją tylko i wyłącznie w waszej głowie.

Nie uważacie, że najwyższy czas je spisać?

Na wasze szczęście, istnieje coś takiego ja National Novel Writing Month, czyli w skrócie NaNoWriMo. W 1999 roku pisarz Chris Baty zaczął cały projekt z kilkoma uczestnikami. Rok później cała akcja przesunęła się na Listopad i wzięło w niej udział prawie 140 uczestników z krajów innych niż USA. W tym samym roku ruszyła też strona: http://nanowrimo.org

Ale, o co właściwie chodzi i dlaczego o tym piszę?

Bo NaNoWriMo to takie wyzwanie, które stawiasz sam sobie, drogi czytelniku. Przed dniem pierwszego listopada rejestrujesz się na wyżej wymienionej stronie, które jest zupełnie darmowa, i nadajesz tytuł swojej książki, jak i jej gatunek. O co chodzi z książką i dlaczego mam coś nazywać, pytasz się? Ano, to właśnie jest twoje wyzwanie: napisanie powieści, 50 tysięcy słów w miesiąc.
Dam Ci teraz chwilę, żeby przyjrzeć się tej liczbie. 50 tysięcy. 50 000. Pięćdziesiąt tysięcy słów w miesiąc.

Nieosiągalne? Oczywiście, że tak!

Ja usłyszałam o NaNo w roku 2011 i pomyślałam, że jest to pomysł fantastycznym. Miałam w planach napisanie kilku książek, ale jakoś nigdy tak naprawdę nie zasiadłam i cóż, nie napisałam ich. Teraz, gdy znalazłam stronę NaNo, która wraz z aktualizacją liczy słów oblicza ci, jak szybko piszesz, ile jeszcze słów brakuje ci do 50 tysięcy, określa czas zakończenia twojej książki w obecnym tempie to stwierdziłam, że hej, w końcu może mi się udać. 

I mój Boże, jak bardzo się myliłam.

50 tysięcy słów dla kogoś takiego jak ja przed pierwszym NaNo wydawało się liczbą gigantyczną. Przecież tyle słów ma Hobbit Tolkiena! On tego w miesiąc nie pisał!



 Jednak wraz z moją pierwszą porażką – dobrnęłam ledwo do 25 tysięcy – odkryłam kilka bardzo ważnych rzeczy. Pisanie jest trudne. Pisanie jednak czasami jest łatwe i przychodzi mi bez problemu. Pisanie to niekiedy ciężka praca, szczególnie, gdy nagle trzeba pisać prawie 2 tysiące słów codziennie. 

Pisanie jednak to jedna, wielka, rozkoszna frajda. Nie ma nic lepszego od uczucia, gdy nagle wszystko, co do tej pory się pisało nagle MA SENS i układa się w jedną, wielką całość.
Nawet, jeśli nie macie pomysłu, bohaterów, ani nawet historii, to nic. W roku 2012 stwierdziłam: „Ok, będę pisała książkę o wilkołakach.” Bohaterów miałam ledwo co zaznaczonych (przez całe NaNo myliłam ich imiona), wymyślony miałam tylko koniec i kilka poszczególnych scen, i co? Książkę skończyłam równo 30 listopada z liczbą słów przekraczającą 51 tysięcy słów.
 Napisałam więcej, niż 50 tysięcy słów. Popłakałam się, gdy zaktualizowałam licznik i strona pogratulowała mi zwycięstwa. Bo jeśli dasz radę napisać 50 tysięcy: jesteś zwycięzca. Nie łączy się to z jakimiś niezwykłymi nagrodami, ot dostajesz specjalny banner i kilka zniżek na programy pisarskie.

A satysfakcja jest tak przeogromna, że warta jest wszystkich trudów. 

Tak, więc zapraszam was do rejestracji. Jak nie w tym roku, to w przyszłym. 

(Warto jeszcze wspomnieć, że swoje powieści/zbiory opowiadań czy cokolwiek chcecie pisać, zapisujecie na własnych urządzeniach, bowiem strona NaNo niczego nie zapisuje.)

Otwórzcie swoją kreatywność. Sprawdźcie, jak piszecie pod presją, pod którą piszą prawdziwi pisarze. A przede wszystkim bawcie się znakomicie, a gdy wygracie swoje pierwsze NaNoWriMo, chwalcie się tym wszystkim. W końcu nie każdy piszę książkę, z początkiem, środkiem i zakończeniem w miesiąc. 



wtorek, 28 października 2014

Książki Young Adutl które ja zaczęłam czytać, a wy nie powinniście kończyć CZĘŚĆ DRUGA



Tak, krzyczycie, TAK! W końcu kontynuacja postu z lutego, w którym Kubek pisała o książkach Young Adult które zaczęła czytać, a których nie skończyła! Dzięki niej i owej notce  zainwestowałam/zainwestowałem w coś znacznie lepszego. Może i tym razem, myślisz sobie drogi czytelniku, Kubek odwiedzie mnie od złego, jakim jest kupowanie złej książki?
Jeśli takie myśli przeszły Ci przez głowę czytelniku, nie bój się. Jestem tutaj po to, by otwierać przed tobą zupełnie nowy świat książek, chroniąc cię jednocześnie od tych złych. Także usiądź wygodnie, i skreśl poniższe pozycje z listy „Książek do kupienia” i ciesz się, z możliwości kupienia sobie za ową kwotę kawę. Albo inną książkę. Bądźmy szczerzy, nie samymi książkami człowiek żyje, szczególnie gdy w kawiarniach takie fajne smaki kaw mają!
Zacznijmy więc!


1. Isla and the Happy Ever After, Stephanie Perkins
O trylogii Stephanie Perkins, która zaczęła się od książki „Anna i francuski pocałunek” mogę napisać swobodnie osobną notkę (i chyba tak zrobię, wkrótce). Niestety, nie będzie to przyjemna notka, bowiem będzie się nazywać „Jak spieprzyć bardzo fajnie zapowiadającą się serię, czyli o trylogii Stephanie Perkins”
„Anna i francuski pocałunek” był o nastolatce, Annie, która przez swojego ojca pisarza – piszącego notabene ckliwe romanse w stylu Sparksa – zostaje wysłana do amerykańskiej szkoły w Paryżu. Książką jest naprawdę dobra, bo pokazuje jak bardzo wiele rzeczy dzieje się w głowie nastolatków i jak bardzo dziwni i niepoukładani oni są. Oszczędzę wam opisywania drugiego tomu czyli „Lola and the boy Next Door” (w tłumaczeniu własnym: „Lola i chłopak z sąsiedztwa) bo jest nudy i z pierwszym tomem nie łączy się prawie wcale. Tom trzeci to jednak zupełnie inna bajka, bo wracamy z powrotem do amerykańskiej szkole w Paryżu, tym razem z innymi bohaterami. Isla jest zamkniętą w sobie dziewczyną zakochaną po uszy w utalentowanym artystycznie Joshu. Spotyka go przed rokiem szkolnym w kawiarni będąc naprutą lekami przeciwbólowymi po wyrwaniu zęba. I ponieważ nagle nie jest nieśmiałą myszką zaczyna z nim rozmawiać.
Początek może wydawać się fajny. Reszta jest po prostu niedorzeczna. Pomijając nierealne zakończenie całej serii (które nadal mnie irytuje) sam związek między Joshem a Islą jest, w najprostszych słowach, toksyczny. I to nie jest taka tam sobie „toksyczność”, książką dochodzi do takiego momentu miłości, że Isla przez moment myśli, że bez Josha i ich miłości, ona na tym świecie nie istnieje.
Nie polecam. Zaoszczędźcie pieniądze.

2. Szklany Tron, Sarah J. Maas
Wszystko w tej książce jest świetne. Pomysł na turniej, który ma wyłonić królewskiego szpiega/mordercę: plus. Świat: też na plus.
I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie dwa mankamenty: główna bohaterka i to, w jaki sposób ją autorka opisuje.
Celaena Sardothien jest piękną morderczynią skazaną na ciężką pracę w kopalni. Jednak ma możliwość odkupienia swoich win: jeśli wygra turniej, który ma wyłonić królewskiego szpiega/mordercę. Dzięki wygranej nie tylko wyjdzie z kopali w której czeka na nią niechybna śmierć, ale po kilku latach będzie mogła być wolna. Oczywiście, że wybiera udział w turnieju, w którym może zginąć. W końcu jest najlepszym płatnym mordercą jaki istnieje.
I w tym momencie pojawia się problem, przynajmniej w moim odczuciu. Przez całą książkę słyszymy, jakim to świetnym Celaena jest mordercą, jaka ona to jest fajna i ładna. Słyszymy o tym, ba, Celaena sama się tym przechwala. Ciągle podkreśla słowa I am the best, jakby był jakąś mantrą. Jednak oprócz kolejnych, sporadycznych prób,  nie widzimy tego, jak dobra jest w fachu mordowania ludzi. To, co widzi czytelnik, to znudzoną próżną dziewczynę, bardziej zainteresowaną sukniami, czytanie i biżuterią, czy chociażby mordowaniem ludzi. Wrzućcie do tego niepotrzebny trójkąt i plot który wybitnie wskazuje na to, że Celaena jest wybraną albo kimś w tym stylu. Dodajcie do tego niezbyt interesujących bohaterów drugoplanowych; księcia, który zdaje się w ogóle nie interesować sprawami dziejącymi się poza murami zamku, gwardzistę/osobistego ochroniarza owego księcia, czyli jedyny plusik w ciemności, i księżniczkę z podbitego przez króla kraju, która jest tam w sumie nie wiadomo po co.



Od razu macie książkę, której nie warto kupować. 


3. The Art of Lainey, Paula Stokes
Po rozstaniu z chłopakiem, którego Lainey bardzo kocha, dziewczyna chce go odzyskać za wszelką cenę. Za namową koleżanki kupuje „Sztukę wojny” Sun Tzuna, napisaną jeszcze przed Chrystusem. Jak sam tytuł wskazuje, książki i jej porad powinno się raczej używać w sztuce wojny, ale skoro dostosowuje się jej zasady także do biznesu, to chyba za jej pomocną można odzyskać chłopaka. Co może pójść źle?
Wszystko zapowiadało się tak dobrze, jednak skończyło się tak przewidywalnie. Jestem zawiedziona i to bardzo.









4. Obsydian, Jennifer L. Armentrout
Tą książkę można opisać jednym zdaniem: dziewczyna w nowym mieście i kosmici którzy wyglądają jak nasze ładniejsze wersje. Nie żartuję. Romans pojawia się tutaj tak jakby znikąd, bo na początku Daemon Black jest dupkiem.  Dalszych książkach (przeczytałam trzy, albo cztery, proszę nie oceniajcie mnie) dochodzą jakieś tajne organizację, eksperymenty, a wszystko to w tle wielkiej miłości dwojga nastolatków. I każda kolejna książką kończy się albo twistem albo jakimś cliffhangerem i cóż, po kolejny tom sięgnąć trzeba.
Niby nie jest najgorzej, ale mogło by być lepiej.








I to na tyle, jeśli chodzi o drugą odsłonę książek YA które ja zaczęłam czytać, a wy nie powinniście kończyć. Do zobaczenia przy następnym wpisie!
Pozdrawiam, Kubek.
  

czwartek, 23 października 2014

Złe i nieprawdziwe rzeczy piszą, czyli o tym jak nie reagować na złe recenzje



Zacznę od niecodziennego wyznana, a mianowicie: nie lubię czytać recenzji. Okej, trochę skłamałam: nie lubię czytać polskich recenzji książek. A jest jakaś różnica między polskimi a nie-polskimi recenzjami książek, zapytacie? Otóż jest. Bo gdy wpiszecie w Google „Cassandra Clare recenzja” jest mało prawdopodobnym, że znajdziecie jakąś niepochlebną recenzję. Co innego ma się za granicą, szczególnie na takim portalu jak Goodreads.com gdzie ludzie się nie krępują i recenzują źle nawet te książki, które dostali od wydawnictwa w ramach współpracy.   

Ale recenzje nie są głównym tematem tej notki. W sumie, po części są, ale głównym tematem tej notki jest jak NIE reagować na złe recenzję.

W miniony weekend na stronie The Guardian – gazety, którą wszyscy znają raczej z bardzo dobrych tekstów – pojawił się kawałek, który wzburzył recenzentów, autorów i poniekąd wydawców.
Młoda amerykańska pisarka Kathleen Hale po wydaniu swojej pierwszej książki „No One Else Can Have You” zaczęła czytać niezbyt pozytywne recenzje. I natknęła się na jedną napisaną przez Blythe Harris. Co zaszło między panią Harris i Hale że wśród osób recenzujących książki wzbudziło taki gniew? A no Kathleen Hale w swoim artykule „'Am I being catfished?' An author confronts her number one online critic” (W wolnym tłumaczeniu: “Czy zostałam oszukana? Autorka staje twarzą w twarz ze swoim krytykiem numer jeden.” Ważne jest wskazanie, że tytuł artykułu już na początku myli czytelnika, bo „catfish” oznacza osobę, która w Internecie przybiera fałszywe imię i nazwisko w celu oszukania innych osób, na przykład by wyciągnąć od nich pieniądze. Często osoby które są owymi catfishami stwarzają zupełnie drugą osobowość w Internecie by wciągnąć niczego nie świadome osoby w romantyczny związek. MTV zrobiło nawet o tym program, wygooglajcie sobie.) napisała o tym, jak jedna jedyna recenzja doprowadziła ją „na skraj”. I może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie styl w jakim Katheleen Hale napisała swój artykuł. I jakie zawarła w nim treści.

Historia zaczyna się tak: Hale właśnie wydała swoją pierwszą książkę, i była niezwykle podniecona, że może  pokazać ją innym. Oczywiście ludzie (inny autorzy) odradzali jej czytania niepochlebnych recenzji, jednak Hale machnęła na to wszystko ręką, i tak robiąc wszystko po swojemu. Po przeczytaniu recenzji Blythe Harris, Hale czuje się lekko pokrzywdzona, bo recenzentka nawet książki nie skończyła. Co jest normalne, bo recenzenci, tak samo jak czytelnicy, nie muszą kończyć czegoś, co im zupełnie nie podchodzi. 

Potem na twitterze Hale i Blythe zaczęły korespondować… Nie, to złe określenie: zdaniem Hale Blythe zaczęła na twitterze wyśmiewać wszystko to, co ona napisała. A co zrobiła Hale?

Zaczęła Blythe stalkować. 

Chcę napisać jedną rzecz: stalkowanie przez internet czy w świecie rzeczywistym nie jest ok. Jednak  z powodu jednej recenzji zachowanie Hale przerodziło się w swoistą obsesję. Zaczęła przeglądać wszystkie konta Blythe, czy to na instagramie czy to na twitterze. Kiedy jeden z klubów książkowych chciał przeprowadzić wywiad, zapytali się, z jakim blogerem Hale chciałaby go zrobić. Blythe Harris, odpowiedziała Hale głębiej wpadając w swoją obsesję. Nie dość, że zadzwoniła do pracy Blythe (która potem okazuje się nie jest kim za kogo się podawała, co tak naprawdę nie jest ważne), to jeszcze pojechała do jej domu. Wynajęła auto i z powodu złej recenzji pojechała do domu osoby, która nie chciała jej widzieć. 

Nie ma nawet słów by opisać, jak bardzo, ale to bardzo zachowanie Hale podchodzi pod jakieś schorzenie, które trzeba leczyć z pomocą specjalistów. Co jeszcze gorsze, Hale napisała cały artykuł jakby to ona była ofiarą. Jakby ona nie przeglądała i porównywała ze swoistą obsesją zdjęć oraz postów Blythe Harris. Katheleen Hale napisała artykuł dla prestiżowej gazety w którym przyznaje się do stalkingu, tego internetowego i tego realnego I UWAŻA, ŻE WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU. Że to nie jest jej wina. Że wina leży po stronie Blythe, która wystawiła złą recenzję jej książce.

Oczywiście, recenzenci się oburzyli. To dlatego, pisali, nie możemy używać w internecie swoich prawdziwych danych. Żeby jakiś autor nie przyjechał do naszego domu i z powodu złej recenzji nie zrobił nam czegoś gorszego.

Ale, jak się okazało, to był dopiero początek weekendu.

Paige Rolland umieściła na goodreads.com recenzję pierwszego rozdziału self-published book autorstwa  Richard Brittain. Dała jej tylko jedną gwiazdkę, co nie jest dla mnie zaskoczenie  biorąc pod uwagę fragmenty, jakie w swojej recenzji umieściła. Co jest jednak zadziwiające, Paige edytowała swoją recenzję o dodatkową historię. W której opisała jak autor, Richard Brittain, przyjechał z Londynu do Szkocji tylko i wyłącznie po to, by rozbić butelkę na jej głowie. 

Dziewczyna trafiła do szpitala i miała kilka szwów, on po jakimś czasie wyszedł za kaucją z aresztu.
A wszystko dlatego, że Paige wystawiła mu na goodreads.com jedną z pięciu gwiazdek.

Morał tej historii jest taki: jeśli jesteś autorem, nie komentuj złych recenzji. Nie stalkuj osób, którzy nie polubili twojej książki, bo jak Katheleen Hale trafisz na czarną listę recenzentów i zrobisz z siebie totalnego bufona próbując bronić swoich dzieł.  Jeszcze lepiej: nie czytaj złych recenzji.

A jeśli jesteś recenzentem to nie używaj swojego prawdziwego imienia i nazwiska w Internecie. Bo jeśli wystawisz recenzję to autor może przyjechać do twojej pracy i rozbić ci szklaną butelkę na głowie.

sobota, 11 października 2014

"Jakiego eyelinera Pani używa?", czyli o vlogerkach makijażowych słów kilka.



We wrześniu dwa lata temu byłam na praktykach z języka angielskiego w szkole podstawowej. Miło sobie wspominam ten czas, jako że miałam szczęście i nie dość, że trafiła mi  się fajna opiekunka, to jeszcze miałam naprawdę fajne klasy. Na jednej lekcji z grupą dziewczyn z klasy czwartej, gdy nauczycielka wyszła z sali na dosłownie dziesięć minut, uczennice zasypały mnie nietuzinkowymi pytaniami.

- Proszę Pani, a czym pani robiła te kreski na oku? Eylinerem czy kredką do oczu?

W tym momencie każdy dobrze wyszkolony nauczyciel powiedziałby, że to nie jest temat dzisiejszej lekcji, ale że były to jedne z moich pierwszych zajęć, odpowiedziałam: 

- Eee… Eylinerem.

- Och, a jakim?? Takim w pędzelku czy takim innym?

- Yyy, w pędzelku…?

- A jakiej firmy? Sephora, Rimmel?

W tym momencie wydukałam, że „eyliner dostałam i nie pamiętam, jaka to była firma” i wróciłam do tematu lekcji. Nigdy więcej podczas praktyk nie nakładałam bardziej widocznego makijażu, a już na pewno nie malowałam oczu eyelinerem.

Jest to jedna z historyjek które opowiadam w gronie znajomych, ale ostatnio dała mi trochę do myślenia. Bo dziewczynki, które pytały się mnie o rodzaje eyelinerów były w czwartej klasie podstawówki, a ja wtedy jeszcze nie wiedziałam co to jest maskara. Podobnie było w gimnazjum; krzywym okiem patrzyłam na dziewczyny, które regulowały sobie brwi i malowały swoje rzęsy. Uważałam wtedy, że jest coś z nimi nie tak, i że jestem za mądra na malowanie twarzy (jakby makijaż miał cokolwiek wspólnego z urodą).

Swoją przygodę z makijażem nie zaczynałam od gazet typu Bravo. Zaczynałam, jak chyba większość dziewczyn w dzisiejszych czasach, dzięki internetowi. Żeby być bardziej dokładnym, nauczyłam się mniej więcej ogarniać to, co nazywam twarzą, dzięki youtubowi. 

Gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą klasą liceum odkryłam tak zwane beauty gurus, czyli dziewczyny na youtube zafascynowe makijażem i co dzięki niemu można osiągnąć. To dzięki nim nauczyłam się, jak nakładać podkład (ok, zawsze nakładałam podkład palcami, ale to dzięki „dziewczynom z youtube’a” zainwestowałam w porządniejszy pędzel do podkładu), jak używać korektora czy różu. Jako, że lubię dzielić się ze światem dobrymi, przydatnymi rzeczami, oto przed wami drodzy czytelnicy, moje ulubione dziewczyny z youtube’a, które sprawią, że będziecie chciały malować soje brwi (przysięgam, wszystko się zmieniło gdy odkryłam magię brwi. Nie tylko zmieniają wygląd twarzy, ale jeszcze przy odrobinie wprawy można im nadać kształty które komplementują naszą twarz. Ja to nazywam magią).

ESSIEBUTTON


EssieButton to dwudziestoczteroletnia blogerka i vlogerka z Kanady, która od czterech lat mieszka w Anglii ze swoim chłopakiem Aslanem (tak, Aslanem. Dostał imię po lwie), swoim psem Reggie’m. Wraz ze swoją szczęśliwą rodzinką żyje w Londynie, robiąc videa o ulubionych kosmetykach i czasami vloguje (czyli włącza kamerę gdy gdzieś wychodzi albo po prostu gada do niej, opisując i pokazując widzą swój dzień). Znalazłam ją w odmętach YouTube’a już parę ładnych miesięcy temu i strasznie podoba mi się styl jej filmów: są zabawne, luzackie  i ładnie zrobione. Dzięki Essie kupiłam mój ulubiony podkład Bourjois Healthy Mix, odkryłam trwałość lakierów Essie (które, wbrew nazwie, nie są sponsorem jej filmów) i strasznie podoba mi się to, że Essie stawia na bardziej naturalny makijaż, który można nosić na co dzień. 

 
 





HEYYCLAIRE


O Claire Marshall mogę pisać wiersze (dosłownie), bo jest jedną z moich ulubionych, jeśli nie ulubionych, vlogerek. Trzydziestoletnia (tak, dobrze przeczytaliście, Claire skończyła w tym roku trzydzieści lat) jest Amerykanką o Koreańskich korzeniach, i kocham w niej wszystko, poczynając od stylu który jest bardzo charakterystyczny, po jej tatuaże i filmy. Claire nie stara się podpasować pod swoją publiczność jak wielu innych vlogerów, i nie kieruje swoich filmów do jednej grupy wiekowej.  Claire tworzy filmy które są charakterystycznie zedytowane, rzetelne i co by tu więcej mówić. Dzięki niej zaczęłam chociaż trochę bardziej dbać o moje puszące się wiecznie włosy i coraz częściej używam cieni do oczu.





CLOTHESENCOUNTERS 


Clothesencounters czyli Jennifer Im to bardziej kanał modowy niż makijażowi, ale Jen świetnie prezentuje i to i to. Ma niezwykły dryg to ciuchów którego strasznie jej zazdroszczę, jak i odwagę by nosić niektóre ze swoich ubrań. Odkryłam clothesencounters już chyba jakiś rok temu, dzięki filmowi o tym jak przetrwać na uczelni i od tego momentu jestem jej subskrybentem i cóż, wielbicielką. Jen nauczyła mnie, że można nosić czerń od stóp do czubek głowy bez wyglądania jak goth wannabe ani dziwadło. 






SOOTHINGSISTA


Soothingsista czyli Stephanie Villa to kolejna vlogerka której jestem fankom. Nie tylko dziewczyna ma styl do pozazdroszczenia, jest też najlepszą przyjaciółką Jennifer Im, ma świetne niebieskie włosy, potrafi zrobić bezbłędną, rewelacyjną kreską i więcej niż raz chciałam mieć tyle odwagi co ona. Dzięki Stephanie odrobinę mniej boję się czerwonych ust i całej uwagi jaką na mnie sprowadzają, a mój eyeliner stał się bardziej precyzyjny odkąd robię go podobnie jak ona robi w swoim tutorialu. 
Poza tym, zawsze zaczyna swoje filmy od "Hey y'all" co jest niesamowicie urocze.






LISA ELDRIGE

 
Co mogę powiedzieć o Lise Eldrige? Jest to profesjonalistka, a kiedy mówię „profesjonalistka” mam na myśli „maluje sławne osoby i ogólnie jest fajna”. Jedną z jej klientek jest Kate Winslet, robiła makijaż na pokazy takich projektantów jak Sonia Rykiel czy Moschino i… prowadzi własny kanał na Youtube, gdzie nie tylko pokazuje jak robić dany makijaż, ale rozmawia o kosmetykach ogólnie jak i o sprawach z makijażem związanych. Ma filmy o tym, jak zmywa makijaż, jak robi masaż twarzy i co najważniejsze, nie tylko używa produktów w wyższych półek: rozumie, że jej widownia to osoby, których nie stać na dziesięć szminek od Chanel czy Diora i w swoich filmach prawie zawsze wspomina o tańszych alternatywach. Mi bardzo przypadło do gustu jej film o masażu twarzy, który od niedawna staram robić codziennie.