sobota, 29 marca 2014

Zakochaj się we mnie, czyli o romansach słów kilka.



Pewnego dnia,  niczego nie świadoma, przeglądałam kolejne książki na zacnej stronie goodreads.com w poszukiwaniu tej Jedynej. Jedyna miała być książką, która zmieni moje życie, która będzie tak napisana, że złapię się za głowę czytając ją, a jedynymi słowami jakie będę mogła z siebie wykrztusić będzie „geniusz, geniusz, geniusz”. 

Niestety, nie natknęłam się na taką książę. Do tej pory twierdzę, że nawet się nie o nią nie otarłam, ani w żadnej księgarni, bibliotece czy na goodreads.com. To, co znalazłam nie zmieniło diametralnie mojego życia, ale zmieniło moje postrzeganie literatury.

Bo, jeszcze do nie dawna, kiedy usłyszałam frazę „literatura romantyczna” czy „romanse”, przewracałam oczami i udawałam, że wymiotuję. Byłam poważną czytelniczką, która oglądała pozycje w dziale „fantastyka”, i nigdy, ale to przenigdy nie zbrukałabym sobie dłoni jakimś tam romansem.
 Pod koniec roku 2013 zaczęłam na poważnie korzystać z goodreads.com (założyłam tam konto w roku 2009 i używałam go może przez tydzień, po czym porzuciłam. Następnie założyłam sobie profil na libimyczytać.pl ale strona ta nie posiadała nawet części książek które czytałam w języku angielskim, a które na polski nie zostały przetłumaczone) i przeglądałam. Przeglądałam okładki, opisy, oceny i natknęłam się tam nie tylko na Young Adult novels  o których wtedy jeszcze w Polsce nie było słychać, ale natknęłam się na moją pierwszą książkę Julii Quinn. 

Julia Quinn jest pisarką amerykańską, która dodam ukończyła Harvard, i pisze romanse historyczne. Są one słodkie, zabawne i napisane naprawdę fajnie. Aż chce się je czytać! Jednak ja, jak i wiele moim znajomych, dorastałyśmy w przekonaniu, że romanse to coś poniżej naszego poziomu. W końcu byłyśmy młodymi, inteligentnymi Polkami, więc nie powinniśmy kalać swoich umysłów romansami! Romanse są dla kobiet nieszczęśliwych, które żyją w niesatysfakcjonujących je związkach! Przedstawiają one kobiety które są wypisz wymaluj damsel in distress, czyli są to bohaterki które muszą być uratowane przez silnego mężczyznę!

Jednak gdy skończyłam „The Lost Duke of Wyndham” pani Quinn, nie mogłam nie sięgnąć po kolejną jej książkę. I kolejną. I kolejną. 

Dlaczego czytam romanse? zastanawiam się, kończąc kolejny. Przecież mogłabym się zająć czymś poważniejszym. Mogłabym skończyć w końcu Tolkiena, „Dwie wieże” same się nie przeczytają. Ale kiedy mogę wybierać między kolejną Polską fantastyką, w której głównym bohaterem jest facet, a kobieta jest tylko jakimś pucharem do wygrania, albo jest postacią trzecio-planową, wolę poczytać romans. Bo wbrew stereotypom, dzisiejsze romanse nie są o kobietach, które potrzebują ratunku, o nie. Owszem, są one dalej pisanie, ale nie zyskują na rozgłosie (możemy zapomnieć o 50 Twarzach Grey’a, dobrze?). 

Romanse, jaki i niemalże każdy gatunek literacki, ewoluował. Chcecie poczytać romanse o bohaterkach, które szukają prawdy  i mają u boku silnego mężczyznę? Seria o I-Team Pameli Clare jest dla was. Każda książka jest o innej dziennikarce śledczej, która natyka się o sensacyjny reportaż, którego upublicznienie zagraża jej życiu. Dodajcie do tego przystojnego mężczyznę, które posiada umiejętności mogące ową dziennikarkę ochronić (agent FBI, żołnierz SEAL) i voilà macie dobrze napisany romans sensacyjny.  To tylko jeden z wielu przykładów, z jakimi się zapoznałam. Silny mężczyzna, który wie jak strzelać, by zabić. I równie silna kobieta, która nie przestraszy się jak najbardziej realnych pogróżek. I co najważniejsze, książki są napisanej w fajny, przystępny sposób, a Clare wie, co robi, bowiem sama była kiedyś dziennikarką śledczą.

Chcecie poczytać książki o kobietach, które upadły na dno, czy to finansowo, czy w swoim życiu prywatny? Albo o bohaterkach, które chcą coś zmienić w swoim życiu? Polecam Kristian Higgins, Jennifer Crusie, Jill Mansell, Katie Fforde i moją ukochaną Sarah Addison Allen. Nie dajcie się zwieść niezliczoną ilością książek Nory Robert i Daniele Steel na półkach z napisem „Romanse”. Pewnie słyszeliście, że książki Nory Robert są złe, i że nie warto po nie sięgać. Czemu nie? Nie powinno się powtarzać utartych schematów. Romanse nie muszą być złe, tak samo jak cała fantastyka nie musi być poważna, czy dobra.

 Romanse po coś powstają. Kiedy stoję przed półkami w Empiku czy Matrasie i widzę książki Jakuba Ćwieka, które są mniej więcej o tym samym (przynajmniej mogę podejrzewać, że znajdę te same elementy, jak we wszystkich jego poprzednich książkach), i gdy widzę książki Anety Jadowskiej, której główna bohaterka jest kobietą tylko i wyłącznie po to, by otaczali ją przystojni mężczyźni i by autorka mogła opisać sceny seksu albo sceny erotycznego napięcia, to jednak wolę sięgnąć po romans. Z silną główną bohaterkę, która ma osobowość i jest uparta i niezależna. Nie potrzebuje ona ochrony mężczyzny w sytuacjach, w których nie jest potrzebny mocny prawy sierpowy. Niestety, na Polskim rynku nie ma tych romansów, które z chęcią bym kupiła (chociażby wspominana wyżej Pamela Clare) a szkoda. Polskie czytelniczki tracą, jak zwykle. 

Więc proszę, nie krzywcie się słyszą słowo „romans”. Nie wykrzywiajcie nosa, tylko powiedzie sobie „A spróbuję!”. A gdy zaczniecie je czytać, nie chowajcie okładek. Ludzie nie wstydzą się czytając 50 twarzy Grey’a  więc i wy nie powinniście się wstydzić.