wtorek, 18 lutego 2014

Marta Kisiel i jej "Nomen Omen"



Mój związek z Polską fantastyką można śmiało kreślić fejsbukowym „skomplikowane”. Z jednej strony bardzo ją lubię, bo nie tylko pokazała mi, że to co Polskie jest dobre, ale dzięki niej przeszłam na tak zwany „kolejny lewel”. Odłożyłam Harry’ego Pottera, którego nigdy nie zapomnę, i oddałam wszystkie „Pamiętniki księżniczki” Meg Cabot do biblioteki. Z drugiej jednak strony Polska fantastyka pokazała, jak można zmarnować naprawdę dobry warsztat (Ćwiek) i jak zarobić na pisaniu o rzeczach bardzo podobnych (Pilipiuk).

Polska fantastyka jak niemalże wszystko, nie jest tylko i wyłącznie czarno biała. Są książki wybitne, takie o których się nie zapomina (saga o Wiedźminie), są książki fajne, które pozostaną w pamięci (pierwsze dwa tomy Kłamcy, „Zakon krańca świata” Kossakowskiej), są również książki takie, które są do przeczytania na jeden raz, by potem je odstawić na półkę („Kłamca 4. Kill'emm all” i dużo innych rzeczy napisanych przez Ćwieka i Pilipuka). Najnowsza książka Marty Kisiel, „Nomen omen”, jak i jej debiut „Dożywocie” znajdują się u mnie w kategorii drugiej. Osobiście uważam, że jako debiut „Dożywocie” jest książką idealną, bowiem nie tylko jest zabawna i jest swoistym czaso-umilaczem, ale jest jedną z tych książek, które się przyjemnie wspomina. Nie inaczej jest i z „Nomen omenem”.

Główna bohaterka, Salka Przygoda (tak naprawdę to Salomea Klementyna Przygoda, wyobrażam sobie jak traktowali ją w podstawówce, biedactwo), w końcu wyprowadza się od rodziców. Znajduje pracę w księgarni mieszczącej się w podziemiach Uniwersytetu Wrocławskiego, mieszka u niezbyt miłej starszej pani, które co drugi bądź trzeci dzień z zimnej kobiety zamienia się w latającą po domu w koronach i różowych ubrankach starszą panią. Nie ma studiów, pracuje ciężko, a wszystko to by uciec od swoich rodziców i od brata, który dzieli się światem każdą jej porażką. Niby nic niezwykłego, nieprawdaż? Wszystko pięknie, gdyby nie fakt, że już w prologu rodzony brat Salki, na którego wszyscy wołają Niedaś, nie próbował jej utopić w Odrze. 

Nomen omen” brzmiał trochę jak „Dożywocie”: główny bohater przeprowadza się do nowego domu, pełnego dziwnych lokatorów. Jednakże w debiucie Kisiel chodzi bardziej o dom, to akcja jej drugiej powieści nie skupia się na miejscu zamieszkania Salki. Mieszkańcy są może i dziwni, bowiem trzeba zaliczyć do nich również i papugę, ale można się tego było domyśleć. Dopiero w połowie książki, tuż zanim bohaterowie poznali prawdę, domyślałam się czym albo kim są właścicielki domu z latającym zwierzęciem domowym, co było naprawdę miłe. Autorka daje czytelnikowi tyle ile trzeba, by sam się domyślił. Dodajmy do tego lekkie dialogi i bardzo ładnie opisy, i mamy książkę dobrze napisaną i taką, którą czyta się z przyjemnością. Jedynym mankamentem w moim odczuciu było niekiedy zachowanie Salki. Na jej miejscu parę razy walnęłabym jej brata ostro po twarzy.

Mimo iż „Nomen omen” nie było tak zabawne i urocze jak „Dożywcie”, jednak miał swój czar i urok, który zostaje rzucony na czytelnika już po pierwszym akapicie. Nie pozostaje mi nic, tylko czekać na kolejne powieści od Marty Kisiel, a możecie być pewni, że od czasu do czasu będę sprawdzała, czy nie szykuje czegoś nowego. 


Tytuł: Nomen Omen
Autor: Marta Kisiel
Rok: 2014
Wydawnictwo: Uroboros
Cena: 39.90

2 komentarze:

  1. Ja nie ukrywam - polska fantastyka mnie nie przekonuje. Albo inaczej - nie trafiłam na razie na nic godnego uwagi. Może kiedyś to się zmieni? Nomen omen chyba jednak nie będzie lekturą dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A szkoda, bo naprawdę warto! Lekka i przyjemna lektura, ja gorąco polecam ;)

      Usuń