wtorek, 23 grudnia 2014

Kochanie, przytrzymaj mi moją skórzaną kurtkę, muszę zabić tego wampira: czyli słów kilka o seriach urban fantasy



Nie dorastałam, czytając książki o silnych bohaterkach, bo powiedzmy sobie szczerze, w kanonie polskich lektur szkolnych dominują mężczyźni (z czego większość z nich już nie żyje od paru ładnych lat). Potem odkryłam fantastykę, ale jednak dalej czegoś mi brakowało.
Mianowicie, brakowało mi bohaterek, których nie trzeba było ratować. Bohaterek, które były w centrum a nie tylko pomocnicami, bohaterek odważnych ale i niebezpiecznych.
Od kiedy przestałam polegać tylko i wyłącznie na zasobach biblioteki szkolnej, a potem i publicznej, i sama zaczęłam szukać w Internecie ciekawych książek, natrafiłam na pewien gatunek, który niemalże idealnie wypełniał moją czytelniczą pustkę.

Książki urban fantasty to takie książki, których realia są bardzo podobne do naszych dzisiejszych, jednakowoż różnią się one jednym faktem; mianowicie, w owych światach magia albo istoty magiczne to chleb powszedni. To właśnie to połączenie magii i elektroniki, czarów i wielkomiejskiego życia tak bardzo mnie wciągnęło. Nie ma tam milutkich wróżek, pomocnych duchów. Jest za to pot, łzy, brud i ubóstwo. Szybko odkryłam, że w Polsce wyszła seria o Felixie Castorze, Brytyjskim egzorcyście napisana przez Mikey’a Carey’ego (pisał on scenariusze do komiksów, między innymi do „Constantina”), która po pierwszym tomie stała się moją ulubioną, a potem przeczytałam bardzo fajne „Szaleństwo Aniołów” Kate Griffin, jednak dalej brakowało mi książki, z główną damską bohaterką.
Na szczęście Internet bardzo pomógł mi w poszukiwaniach, i w niedługim czasie przeczytałam całkiem sporą ilość książek urban fantasy, w których główne bohaterki najczęściej są wojownikami do wynajęcia, które za określoną cenę są w stanie zabić wampira. Albo wilkołaka. Albo rozwikłają morderstwo, oczywiście, jeśli porządnie się im zapłaci. 

Ja owe serie nazywam po prostu Badass Female Characters. Co różni je od innych bohaterek? Otóż, najczęściej chodzą one z mieczami, czego nie można powiedzieć o, powiedzmy, bohaterce „Siłaczki” Stefana Żeromskiego. Po drugie, wszystkie, albo przynajmniej większość, ma jakiś specjalny talent, który w większości jest talentem do zabijania niezbyt przyjemnych rzeczy. Większość z nich, jeśli nie wszystkie, mają jakiś wątek romansowy, który nie jest jednakże wątkiem głównym.
A więc, drogi czytelniku, przed tobą lista serii oraz książek z takowymi Badass Female Characters, które polecam. Idealne na zimowe wieczory.


Kate Daniels autorstwa Ilony Andrews
W Polsce dzięki wydawnictwu Fabryka Słów wyszły cztery z ośmiu (obecnie zostało potwierdzone, że kontrakt na serię o Kate Daniels został przedłużony na dziesięć) tomów o Kate Daniels, najemniczce do wynajęcia. Kate mieszka w Atlancie, która przeżyła magiczną apokalipsę; fale magii odchodzą i przychodzą, niszcząc wszystko, co elektroniczne na swojej drodze. Nie przetrwa nic, co ma więcej niż trzy albo cztery piętra a nie jest chronione przez potężne, magiczne zaklęcia. Sprzęt elektroniczny, jak auta czy wszystko podobne, podczas fal magii nie działa.

Kate jest świetna w walce wręcz jak i znakomicie posługuje się mieczem, a jej głównym celem jest zabicie jej lekko psychopatycznego ojca. 

Seria o Kate Daniels autorstwa duetu pisarskiego, który wydaje powieści pod pseudonimem Ilona Andrews, wciągnął mnie niesamowicie. W ciągu pierwszego tygodnia po odkryciu tomu pierwszego, już kończyłam tom piąty. Za co pokochałam pannę Daniels? Na pewno za odwagę i lojalność wobec osób jej drogich, również za jej pyskatość – mało kto odważyłby się w restauracji jako poczęstunek wysłać miskę z mlekiem do najpotężniejszego zmiennokształtnego w mieście, który zamienia się w olbrzymiego lwa – oraz za jej upartość. Sama seria ma swoje wzloty i upadki (słyszałam, że tom szósty jest średni, ale kolejny już ponoć jest lepszy) a świat, jaki Andrews wymyśliła/wymyślili zapada w pamięć.

Clean Sweep autorstwa Ilony Andrews
Clean Sweep nie jest książką, jak inne. Na początku Andrews niezbyt regularnie umieszczała rozdziały na swojej stronie internetowej za darmo, gdzie obecnie można przeczytać dziewięć rozdziałów tomu drugiego. I o jej, co to są za rozdziały! Clean Sweep to połączenie urban fantasy z sciencie fiction, bowiem mamy tutaj i kosmos – między innymi wampirów, którzy są międzygalaktycznymi wojownikami, walczącymi na śmierć i życie dla swoich Domów, a wilkołaki zostali genetycznie stworzenie na potrzeby jednej z wielu kosmicznych wojen – i urban fantasy. Główna bohaterka, Dina Demille, prowadzi B&B (Bed and Breakfast, czyli niewielki hotelik w którym można zjeść śniadanie i się przespać) w małym teksańskim miasteczku… z tym tylko wyjątkiem, że gośćmi jej B&B są kosmici, i na przykład jednym z jej stałych mieszkańców jest jedna z byłych galaktycznych władczyń, oskarżona o parę masowych mordów dokonanych pod jej rządami, która nie może opuścić terenu B&B ponieważ inaczej zostanie zamordowana, albo co gorsza, poddana jakiemuś sądowi.

Clean Sweep czyta się fenomenalnie a świat stworzony przez Andrews jest tak wspaniały, że aż chciałam przytulić swojego Kindle’a do twarzy. Jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku, z fantastyczną główna bohaterką. I czy wspominałam, ze świat Innkeeper Chronicles jest wspaniały?

Pisane szkarłatem autorstwa Anne Bishop
W tym momencie trochę naginam moje własne reguły, bowiem główna bohaterka serii Anne Bishop nie walczy ani nie zabija żadnych potworów. Ale, mój Boże, seria ta sprawiła, że całkowicie olałam jeden z egzaminów i czytałam tom drugi do trzeciej w nocy.

Anne Bishop stworzyła świat mało znany czytelnikowi, bowiem chyba w żadnej książek nie widziałam, by to stworzenia magiczne rządziły człowiekiem.  Ludzie w serii „Inni” tylko wynajmują ziemię, którą uprawiają, wszystkie wynalazki mogą istnieć tylko za pozwoleniem Innych, a relacje między istotami nadnaturalnymi a ludźmi nie są zbyt dobre. 

Główną bohaterkę, Meg Corbyn poznajemy, gdy przedziera się przez śnieżyce, uciekając przed kimś albo czymś. Dzięki przeznaczeniu Meg trafia na Dziedziniec, czyli niewielką strefę handlową nadzorowaną przez Innych, gdzie jak jeden z napisów oznajmia „Nie panuje tutaj ludzie prawo”. Simon Wolfguard, zmiennokształtny, który jak wskazuje jego nazwisko zamienia się w wilka, rządzi strefą Dziedzińca i daję on Meg pracę jako łącznika z ludźmi. Daję jej posadę mimo to, iż widocznym jest, że dziewczyna przed czymś ucieka. A poza tym, Meg zdaniem zmiennokształtnych nie pachnie jak zwierzyna, czyli nie pachnie jak człowiek... Panna Corbyn jest Cassandra sangue  czyli wieszczką krwi – za każdym razem, gdy przetnie swoją skórę i popłynie krew, Meg ma wizję dotyczące przyszłości. Wizje, które mogą pomóc i Innym i ludziom. Wizje przerażające.  Wizje, które mogą zmienić świat.

Jestem zauroczona serią. Nie, nie zauroczona. Uwielbiam ją. Uwielbiam bohaterów, niewinną Meg która dopiero uczy się, co lubi a co nie, zwierzęcego Simona, małego Sama. Potrzebuje tom trzeci, najpóźniej na wczoraj.


Skinwalker autorstwa Faith Hunter
Jane Yellowrock robi, co musi, aby przetrwać w tym dziwnym świecie. Co nie oznacza, że zabije wampira za jakąkolwiek cenę. Jane jest jedynym w swoim rodzaju skinwalkerem, czyli osobą, która może zamienić się w dowolne zwierzę, co bardzo pomaga jej w profesjonalnym polowaniu na wampiry. Dodajmy do tego jeszcze jej tajemnicze pochodzenia – Jane wie tylko, że ma w żyła krew plemiona Cherokee – najlepszą przyjaciółkę, która jest świetnym magie, i nowego pracodawcę Jane, Katherine Fontaneau. Katherine będąca właścicielką burdelu Kate’s Ladies, zleca Jane zabicie wampira, który bardzo, ale to bardzo polubił krew swoich pobratymców. Zmieszajmy to wszystko razem, i mamy naprawdę Badass Female Character w kłopotach po uszy.

Jane jest kolejną silną bohaterką, która swoje już przeżyła i która potrafi wpakować się w kłopoty szybciej, niż zdołam wymówić „Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego”. Dwa tomy, które przeczytałam wciągnęły mnie, ale niestety nie za bardzo zapadły w pamięci, chociaż plus za to, że Jane rodowitą Indianką (native American) i autorka musiała zrobić bardzo dogłębny reaserch, bowiem mity owej grupy przeplatają się z innymi mistycznymi rzeczami.

Zew Księzyca autorstwa Patricii Briggs  
Mercedes Thompson to kolejna bohaterka, w której świecie wilkołaki i wampiry są na porządku dzienny. Sama Thompson jest trochę niecodzienna, bo pracuje jako mechanik, za swojego sąsiada – ona mieszka w przyczepie, on w luksusowym domu – ma wilkołaka, naprawia auta dla wampirów, a jej byłym szefem jest gremlin. Mercy, jak woli by na nią mówić, jest zmiennokształtnym i potrafi zamieniać się w kojota. Sama seria nie jest zła, ale niestety główna bohaterka potrafi być momentami strasznie irytująca, a sam fakt, że wszyscy męscy bohaterowie uważają ją za atrakcyjną i chcą się z nią przespać, niczemu nie pomaga. W Polsce wyszło pięć z dotychczasowych ośmiu tomów, ale niektóre osoby mówią, że ostatni tom nie jest wcale zbyt dobry. 

Jednak warto chociażby zerknąć, biorąc pod uwagę, że pani Patricia Briggs ma bardzo ładny styl, a jej inna seria Alpha and Omega jest ponoć znacznie lepsza.


Dirty Magic autorstwa Jaye Wells
Tutaj tytuł, który można przetłumaczyć na język polski jako Brudna magia i idealnie opisuje książkę, bowiem świat Dirty Magic jest brudny. Nielegalne magiczne narkotyki zalewają ulice, gangi zamieniły się w gangi magiczne, które dochody odnoszą dzięki swoim nielegalnym eliksirom, a główną bohaterką jest Kate Prospero, która uciekła od tego życia i została policjantem.

Książka zaczyna się dosyć makabrycznie, bowiem Kate podczas swojego patrolu znajduje wilkołaka umazanego krwią swojej ofiary, i żadne kule nie są w stanie go powstrzymać. Jednak Kate z trudem zabija swojego przeciwnika, który przed atakiem musiał wziąć jakiś paskudny narkotyk, i od razu panna Prospero wpada w kłopoty. Zabity przez nią wilkołak okazuje się być jednym z głównych kretów specjalnej jednostki policji, której zadaniem jest zamknięcie za kratkami wszystkich użytkowników nielegalnej magii, a szczególnie głów głównych gangów, którzy ową magią handlują.
Kiedy myślę o urban fantasy, właśnie Dirty Magic  przychodzi mi na myśl, bo książka naprawdę jest brudna. Nielegalna magia, uzależniające eliksiry, magiczne podziemie, wszystko to po lekturze Wells zapada w pamięć.




piątek, 31 października 2014

Ile słów mam napisać?, czyli co to NaNoWriMo.



Niektórzy z was pewnie mają w głowie Historie prze duże „H”. Historie, które opowiadacie sobie jadąc tramwajem do szkoły czy pracy, Historie, do których tworzycie bohaterów, światy. Historie te zawsze kiedyś chcieliście powiedzieć, ale jedna bardzo ważna rzecz wam w tym przeszkadzała: życie. Nie macie na nie czasu, nie jesteście pewni swoich możliwości pisarskich.
Jednym zdaniem: Historie te żyją tylko i wyłącznie w waszej głowie.

Nie uważacie, że najwyższy czas je spisać?

Na wasze szczęście, istnieje coś takiego ja National Novel Writing Month, czyli w skrócie NaNoWriMo. W 1999 roku pisarz Chris Baty zaczął cały projekt z kilkoma uczestnikami. Rok później cała akcja przesunęła się na Listopad i wzięło w niej udział prawie 140 uczestników z krajów innych niż USA. W tym samym roku ruszyła też strona: http://nanowrimo.org

Ale, o co właściwie chodzi i dlaczego o tym piszę?

Bo NaNoWriMo to takie wyzwanie, które stawiasz sam sobie, drogi czytelniku. Przed dniem pierwszego listopada rejestrujesz się na wyżej wymienionej stronie, które jest zupełnie darmowa, i nadajesz tytuł swojej książki, jak i jej gatunek. O co chodzi z książką i dlaczego mam coś nazywać, pytasz się? Ano, to właśnie jest twoje wyzwanie: napisanie powieści, 50 tysięcy słów w miesiąc.
Dam Ci teraz chwilę, żeby przyjrzeć się tej liczbie. 50 tysięcy. 50 000. Pięćdziesiąt tysięcy słów w miesiąc.

Nieosiągalne? Oczywiście, że tak!

Ja usłyszałam o NaNo w roku 2011 i pomyślałam, że jest to pomysł fantastycznym. Miałam w planach napisanie kilku książek, ale jakoś nigdy tak naprawdę nie zasiadłam i cóż, nie napisałam ich. Teraz, gdy znalazłam stronę NaNo, która wraz z aktualizacją liczy słów oblicza ci, jak szybko piszesz, ile jeszcze słów brakuje ci do 50 tysięcy, określa czas zakończenia twojej książki w obecnym tempie to stwierdziłam, że hej, w końcu może mi się udać. 

I mój Boże, jak bardzo się myliłam.

50 tysięcy słów dla kogoś takiego jak ja przed pierwszym NaNo wydawało się liczbą gigantyczną. Przecież tyle słów ma Hobbit Tolkiena! On tego w miesiąc nie pisał!



 Jednak wraz z moją pierwszą porażką – dobrnęłam ledwo do 25 tysięcy – odkryłam kilka bardzo ważnych rzeczy. Pisanie jest trudne. Pisanie jednak czasami jest łatwe i przychodzi mi bez problemu. Pisanie to niekiedy ciężka praca, szczególnie, gdy nagle trzeba pisać prawie 2 tysiące słów codziennie. 

Pisanie jednak to jedna, wielka, rozkoszna frajda. Nie ma nic lepszego od uczucia, gdy nagle wszystko, co do tej pory się pisało nagle MA SENS i układa się w jedną, wielką całość.
Nawet, jeśli nie macie pomysłu, bohaterów, ani nawet historii, to nic. W roku 2012 stwierdziłam: „Ok, będę pisała książkę o wilkołakach.” Bohaterów miałam ledwo co zaznaczonych (przez całe NaNo myliłam ich imiona), wymyślony miałam tylko koniec i kilka poszczególnych scen, i co? Książkę skończyłam równo 30 listopada z liczbą słów przekraczającą 51 tysięcy słów.
 Napisałam więcej, niż 50 tysięcy słów. Popłakałam się, gdy zaktualizowałam licznik i strona pogratulowała mi zwycięstwa. Bo jeśli dasz radę napisać 50 tysięcy: jesteś zwycięzca. Nie łączy się to z jakimiś niezwykłymi nagrodami, ot dostajesz specjalny banner i kilka zniżek na programy pisarskie.

A satysfakcja jest tak przeogromna, że warta jest wszystkich trudów. 

Tak, więc zapraszam was do rejestracji. Jak nie w tym roku, to w przyszłym. 

(Warto jeszcze wspomnieć, że swoje powieści/zbiory opowiadań czy cokolwiek chcecie pisać, zapisujecie na własnych urządzeniach, bowiem strona NaNo niczego nie zapisuje.)

Otwórzcie swoją kreatywność. Sprawdźcie, jak piszecie pod presją, pod którą piszą prawdziwi pisarze. A przede wszystkim bawcie się znakomicie, a gdy wygracie swoje pierwsze NaNoWriMo, chwalcie się tym wszystkim. W końcu nie każdy piszę książkę, z początkiem, środkiem i zakończeniem w miesiąc. 



wtorek, 28 października 2014

Książki Young Adutl które ja zaczęłam czytać, a wy nie powinniście kończyć CZĘŚĆ DRUGA



Tak, krzyczycie, TAK! W końcu kontynuacja postu z lutego, w którym Kubek pisała o książkach Young Adult które zaczęła czytać, a których nie skończyła! Dzięki niej i owej notce  zainwestowałam/zainwestowałem w coś znacznie lepszego. Może i tym razem, myślisz sobie drogi czytelniku, Kubek odwiedzie mnie od złego, jakim jest kupowanie złej książki?
Jeśli takie myśli przeszły Ci przez głowę czytelniku, nie bój się. Jestem tutaj po to, by otwierać przed tobą zupełnie nowy świat książek, chroniąc cię jednocześnie od tych złych. Także usiądź wygodnie, i skreśl poniższe pozycje z listy „Książek do kupienia” i ciesz się, z możliwości kupienia sobie za ową kwotę kawę. Albo inną książkę. Bądźmy szczerzy, nie samymi książkami człowiek żyje, szczególnie gdy w kawiarniach takie fajne smaki kaw mają!
Zacznijmy więc!


1. Isla and the Happy Ever After, Stephanie Perkins
O trylogii Stephanie Perkins, która zaczęła się od książki „Anna i francuski pocałunek” mogę napisać swobodnie osobną notkę (i chyba tak zrobię, wkrótce). Niestety, nie będzie to przyjemna notka, bowiem będzie się nazywać „Jak spieprzyć bardzo fajnie zapowiadającą się serię, czyli o trylogii Stephanie Perkins”
„Anna i francuski pocałunek” był o nastolatce, Annie, która przez swojego ojca pisarza – piszącego notabene ckliwe romanse w stylu Sparksa – zostaje wysłana do amerykańskiej szkoły w Paryżu. Książką jest naprawdę dobra, bo pokazuje jak bardzo wiele rzeczy dzieje się w głowie nastolatków i jak bardzo dziwni i niepoukładani oni są. Oszczędzę wam opisywania drugiego tomu czyli „Lola and the boy Next Door” (w tłumaczeniu własnym: „Lola i chłopak z sąsiedztwa) bo jest nudy i z pierwszym tomem nie łączy się prawie wcale. Tom trzeci to jednak zupełnie inna bajka, bo wracamy z powrotem do amerykańskiej szkole w Paryżu, tym razem z innymi bohaterami. Isla jest zamkniętą w sobie dziewczyną zakochaną po uszy w utalentowanym artystycznie Joshu. Spotyka go przed rokiem szkolnym w kawiarni będąc naprutą lekami przeciwbólowymi po wyrwaniu zęba. I ponieważ nagle nie jest nieśmiałą myszką zaczyna z nim rozmawiać.
Początek może wydawać się fajny. Reszta jest po prostu niedorzeczna. Pomijając nierealne zakończenie całej serii (które nadal mnie irytuje) sam związek między Joshem a Islą jest, w najprostszych słowach, toksyczny. I to nie jest taka tam sobie „toksyczność”, książką dochodzi do takiego momentu miłości, że Isla przez moment myśli, że bez Josha i ich miłości, ona na tym świecie nie istnieje.
Nie polecam. Zaoszczędźcie pieniądze.

2. Szklany Tron, Sarah J. Maas
Wszystko w tej książce jest świetne. Pomysł na turniej, który ma wyłonić królewskiego szpiega/mordercę: plus. Świat: też na plus.
I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie dwa mankamenty: główna bohaterka i to, w jaki sposób ją autorka opisuje.
Celaena Sardothien jest piękną morderczynią skazaną na ciężką pracę w kopalni. Jednak ma możliwość odkupienia swoich win: jeśli wygra turniej, który ma wyłonić królewskiego szpiega/mordercę. Dzięki wygranej nie tylko wyjdzie z kopali w której czeka na nią niechybna śmierć, ale po kilku latach będzie mogła być wolna. Oczywiście, że wybiera udział w turnieju, w którym może zginąć. W końcu jest najlepszym płatnym mordercą jaki istnieje.
I w tym momencie pojawia się problem, przynajmniej w moim odczuciu. Przez całą książkę słyszymy, jakim to świetnym Celaena jest mordercą, jaka ona to jest fajna i ładna. Słyszymy o tym, ba, Celaena sama się tym przechwala. Ciągle podkreśla słowa I am the best, jakby był jakąś mantrą. Jednak oprócz kolejnych, sporadycznych prób,  nie widzimy tego, jak dobra jest w fachu mordowania ludzi. To, co widzi czytelnik, to znudzoną próżną dziewczynę, bardziej zainteresowaną sukniami, czytanie i biżuterią, czy chociażby mordowaniem ludzi. Wrzućcie do tego niepotrzebny trójkąt i plot który wybitnie wskazuje na to, że Celaena jest wybraną albo kimś w tym stylu. Dodajcie do tego niezbyt interesujących bohaterów drugoplanowych; księcia, który zdaje się w ogóle nie interesować sprawami dziejącymi się poza murami zamku, gwardzistę/osobistego ochroniarza owego księcia, czyli jedyny plusik w ciemności, i księżniczkę z podbitego przez króla kraju, która jest tam w sumie nie wiadomo po co.



Od razu macie książkę, której nie warto kupować. 


3. The Art of Lainey, Paula Stokes
Po rozstaniu z chłopakiem, którego Lainey bardzo kocha, dziewczyna chce go odzyskać za wszelką cenę. Za namową koleżanki kupuje „Sztukę wojny” Sun Tzuna, napisaną jeszcze przed Chrystusem. Jak sam tytuł wskazuje, książki i jej porad powinno się raczej używać w sztuce wojny, ale skoro dostosowuje się jej zasady także do biznesu, to chyba za jej pomocną można odzyskać chłopaka. Co może pójść źle?
Wszystko zapowiadało się tak dobrze, jednak skończyło się tak przewidywalnie. Jestem zawiedziona i to bardzo.









4. Obsydian, Jennifer L. Armentrout
Tą książkę można opisać jednym zdaniem: dziewczyna w nowym mieście i kosmici którzy wyglądają jak nasze ładniejsze wersje. Nie żartuję. Romans pojawia się tutaj tak jakby znikąd, bo na początku Daemon Black jest dupkiem.  Dalszych książkach (przeczytałam trzy, albo cztery, proszę nie oceniajcie mnie) dochodzą jakieś tajne organizację, eksperymenty, a wszystko to w tle wielkiej miłości dwojga nastolatków. I każda kolejna książką kończy się albo twistem albo jakimś cliffhangerem i cóż, po kolejny tom sięgnąć trzeba.
Niby nie jest najgorzej, ale mogło by być lepiej.








I to na tyle, jeśli chodzi o drugą odsłonę książek YA które ja zaczęłam czytać, a wy nie powinniście kończyć. Do zobaczenia przy następnym wpisie!
Pozdrawiam, Kubek.
  

czwartek, 23 października 2014

Złe i nieprawdziwe rzeczy piszą, czyli o tym jak nie reagować na złe recenzje



Zacznę od niecodziennego wyznana, a mianowicie: nie lubię czytać recenzji. Okej, trochę skłamałam: nie lubię czytać polskich recenzji książek. A jest jakaś różnica między polskimi a nie-polskimi recenzjami książek, zapytacie? Otóż jest. Bo gdy wpiszecie w Google „Cassandra Clare recenzja” jest mało prawdopodobnym, że znajdziecie jakąś niepochlebną recenzję. Co innego ma się za granicą, szczególnie na takim portalu jak Goodreads.com gdzie ludzie się nie krępują i recenzują źle nawet te książki, które dostali od wydawnictwa w ramach współpracy.   

Ale recenzje nie są głównym tematem tej notki. W sumie, po części są, ale głównym tematem tej notki jest jak NIE reagować na złe recenzję.

W miniony weekend na stronie The Guardian – gazety, którą wszyscy znają raczej z bardzo dobrych tekstów – pojawił się kawałek, który wzburzył recenzentów, autorów i poniekąd wydawców.
Młoda amerykańska pisarka Kathleen Hale po wydaniu swojej pierwszej książki „No One Else Can Have You” zaczęła czytać niezbyt pozytywne recenzje. I natknęła się na jedną napisaną przez Blythe Harris. Co zaszło między panią Harris i Hale że wśród osób recenzujących książki wzbudziło taki gniew? A no Kathleen Hale w swoim artykule „'Am I being catfished?' An author confronts her number one online critic” (W wolnym tłumaczeniu: “Czy zostałam oszukana? Autorka staje twarzą w twarz ze swoim krytykiem numer jeden.” Ważne jest wskazanie, że tytuł artykułu już na początku myli czytelnika, bo „catfish” oznacza osobę, która w Internecie przybiera fałszywe imię i nazwisko w celu oszukania innych osób, na przykład by wyciągnąć od nich pieniądze. Często osoby które są owymi catfishami stwarzają zupełnie drugą osobowość w Internecie by wciągnąć niczego nie świadome osoby w romantyczny związek. MTV zrobiło nawet o tym program, wygooglajcie sobie.) napisała o tym, jak jedna jedyna recenzja doprowadziła ją „na skraj”. I może wszystko byłoby w porządku, gdyby nie styl w jakim Katheleen Hale napisała swój artykuł. I jakie zawarła w nim treści.

Historia zaczyna się tak: Hale właśnie wydała swoją pierwszą książkę, i była niezwykle podniecona, że może  pokazać ją innym. Oczywiście ludzie (inny autorzy) odradzali jej czytania niepochlebnych recenzji, jednak Hale machnęła na to wszystko ręką, i tak robiąc wszystko po swojemu. Po przeczytaniu recenzji Blythe Harris, Hale czuje się lekko pokrzywdzona, bo recenzentka nawet książki nie skończyła. Co jest normalne, bo recenzenci, tak samo jak czytelnicy, nie muszą kończyć czegoś, co im zupełnie nie podchodzi. 

Potem na twitterze Hale i Blythe zaczęły korespondować… Nie, to złe określenie: zdaniem Hale Blythe zaczęła na twitterze wyśmiewać wszystko to, co ona napisała. A co zrobiła Hale?

Zaczęła Blythe stalkować. 

Chcę napisać jedną rzecz: stalkowanie przez internet czy w świecie rzeczywistym nie jest ok. Jednak  z powodu jednej recenzji zachowanie Hale przerodziło się w swoistą obsesję. Zaczęła przeglądać wszystkie konta Blythe, czy to na instagramie czy to na twitterze. Kiedy jeden z klubów książkowych chciał przeprowadzić wywiad, zapytali się, z jakim blogerem Hale chciałaby go zrobić. Blythe Harris, odpowiedziała Hale głębiej wpadając w swoją obsesję. Nie dość, że zadzwoniła do pracy Blythe (która potem okazuje się nie jest kim za kogo się podawała, co tak naprawdę nie jest ważne), to jeszcze pojechała do jej domu. Wynajęła auto i z powodu złej recenzji pojechała do domu osoby, która nie chciała jej widzieć. 

Nie ma nawet słów by opisać, jak bardzo, ale to bardzo zachowanie Hale podchodzi pod jakieś schorzenie, które trzeba leczyć z pomocą specjalistów. Co jeszcze gorsze, Hale napisała cały artykuł jakby to ona była ofiarą. Jakby ona nie przeglądała i porównywała ze swoistą obsesją zdjęć oraz postów Blythe Harris. Katheleen Hale napisała artykuł dla prestiżowej gazety w którym przyznaje się do stalkingu, tego internetowego i tego realnego I UWAŻA, ŻE WSZYSTKO JEST W JAK NAJLEPSZYM PORZĄDKU. Że to nie jest jej wina. Że wina leży po stronie Blythe, która wystawiła złą recenzję jej książce.

Oczywiście, recenzenci się oburzyli. To dlatego, pisali, nie możemy używać w internecie swoich prawdziwych danych. Żeby jakiś autor nie przyjechał do naszego domu i z powodu złej recenzji nie zrobił nam czegoś gorszego.

Ale, jak się okazało, to był dopiero początek weekendu.

Paige Rolland umieściła na goodreads.com recenzję pierwszego rozdziału self-published book autorstwa  Richard Brittain. Dała jej tylko jedną gwiazdkę, co nie jest dla mnie zaskoczenie  biorąc pod uwagę fragmenty, jakie w swojej recenzji umieściła. Co jest jednak zadziwiające, Paige edytowała swoją recenzję o dodatkową historię. W której opisała jak autor, Richard Brittain, przyjechał z Londynu do Szkocji tylko i wyłącznie po to, by rozbić butelkę na jej głowie. 

Dziewczyna trafiła do szpitala i miała kilka szwów, on po jakimś czasie wyszedł za kaucją z aresztu.
A wszystko dlatego, że Paige wystawiła mu na goodreads.com jedną z pięciu gwiazdek.

Morał tej historii jest taki: jeśli jesteś autorem, nie komentuj złych recenzji. Nie stalkuj osób, którzy nie polubili twojej książki, bo jak Katheleen Hale trafisz na czarną listę recenzentów i zrobisz z siebie totalnego bufona próbując bronić swoich dzieł.  Jeszcze lepiej: nie czytaj złych recenzji.

A jeśli jesteś recenzentem to nie używaj swojego prawdziwego imienia i nazwiska w Internecie. Bo jeśli wystawisz recenzję to autor może przyjechać do twojej pracy i rozbić ci szklaną butelkę na głowie.