sobota, 7 stycznia 2012

Malazańska Księga Poległych tomy 1-3


               Dzięki serialowi „Gra o Tron” zrobionemu przez HBO znacznie więcej osób wie, kim jest George R. R. Martin. No bo któż nie mógłby się oprzeć Seanowi Beanowi z mieczem i futrem? Dzięki serialowi popularność sagi „Pieśni Lodu i Ognia” wzrosła niewyobrażalnie.
               Jest, przynajmniej w moim mniemaniu, jednak osoba, która przewyższa kunsztem literackim Martina. I nie, nie mówię tutaj o Tolkienie. Gdyby zrobiono serial na podstawie serii, o której zaraz będę pisać, musiałby się on ciągnąć przynajmniej przez sześć, może siedem lat.
               Steven Erikson z wykształcenia archeolog i antropolog, mieszkający w Kanadzie, jest osobą której według mnie Martin mógłby tylko i wyłącznie czyścić buty. Zapomnijcie o sadzie „Pieśni Lodu i Ognia” bo przy „Malazańskiej Księdze Poległych” to PIKUŚ.
                „Malazańska Księga Poległych” jest sagą niezwykłą. Ma ona dziesięć tomu (w Polsce od tomu trzeciego książki są dzielone na dwie część gdyż są tak grube) a tom ostatni, wydany w zeszłym roku w twardej oprawie waży około półtora kilo.
               Robi wrażenie nie?
               Cała seria rozgrywa się w Imperium Malazańskim oraz na jego pograniczach. Cesarzowa owego imperium, Laseen, która zdobyła tron w krwawy sposób, dzięki swojej armii poszerza granice państwa. W swoich szeregach ma Podpalaczy Mostów którzy są jednymi z głównych bohaterów,  i cóż, są trochę szaleni. Ich motto: „Wchodzimy pierwszy, wychodzimy ostatni”. Jest to grupa przeszkolonych saperów, która zawsze wysyłana jest na zwiady. Robią podkopy, przygotowują grunt dla armii, tego typy rzeczy. Są specyficzną zbieraniną postaci, które na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasują. Jednak w miarę wgryzania się w historię czytelnik widzi, że Podpalacze to rodzina. Dziwna, ale rodzina. Warto tu nadmienić o kilku ważnych dla historii postaciach: czarodzieju Szybkim Benie, rekrutce Żal, sierżancie Sójeczce, skrytobójcy Kalamie, saperze Skrzypku. Mamy jeszcze kapitana Parana, którego przydzielili do tej „zgrai”, wysoko urodzonego mężczyznę, który nie ma zielonego pojęcia co ma robić i razem z czytelnikiem odkrywa coraz to nowe fakty dotyczące świata Malazańskiego.
               Pierwszy tom rozpoczyna się powoli i czytelnik myśli, że nie przebrnie przez powieść. Jednak z każdą kolejną stroną jest coraz lepiej. Bo historia (i to jaka!) jest wciągająca. Bo Podpalacze Mostów bohaterami najważniejszymi nie są. Oprócz nich przez wszystkie tomy przewijają się Ascendenty, Jednopochwyceni i inne, znacznie dziwniejsze gatunki. Erikson stworzył tak wielką ilość bohaterów, że przed każdym tomem czytelnik ma „Dramatis Personae” oraz mapkę świata i miast, w których rozgrywa się akcja poszczególnego tomu. Na końcu jest Glosariusz, czyli spis miejsc i podziału hierarchii w poszczególnych miastach/Domach.
               „Malazańska Księga Poległych” dzieje się w czasach wojny. Walki są opisane perfekcyjnie (czytając trzeci tom w niektórych miejscach musiałam się zatrzymać i na moment odetchnąć), trup ścieli się gęsto. I to nie tylko wśród anonimowych żołnierzy, ale i wśród znanych nam bohaterów… Erikson pisze nie tylko o wojnie, ale i o poświęceniu i odwadze. Pisze o tym, jak bardzo ludzie są okrutni i jak wiele cierpienia są w stanie zadać innym by uzyskać swój cel. Jest to też saga o zemście i o manipulacjach bogów. O utracie wiary i o jej odkrywaniu. O posiadaniu władzy i utracie. Jego opisy są precyzyjne, jakby opisywał miejsca istniejące, które on sam widział kiedyś na oczy. Po wgryzieniu się w tom pierwszy historia nie puszcza, dopóki się książki nie skończy. I do póki nie zacznie się kolejnego tomu. Erikson bowiem potrafi zaskakiwać. W końcu wojna to wojna i zdarzają się na niej rzeczy nieprzewidywalne, szokujące i w końcu łamiące serce. Książki Eriksona w szczególny sposób się zazębiają. Gdy kapitan Paran myśli o swojej siostrze Felisin i ma nadzieję, że nic jej nie jest, czytelnik może tylko głośno westchnąć. Bo on już wie. I nie jest to wiedza zbyt przyjemna.
               Z całym szacunkiem dla George’a R. R. Martina, ale moim zdaniem może on Eriksonowi czyścić buty. Bowiem „Malazańska Księga Poległych” to jedna z lepszych serii jakie czytałam. Jestem po trzech tomach (czterech książkach) i chcę więcej. Z tego co znalazłam w internecie Erikson już zapowiedział jeszcze dwie trylogie dziejące się w Malazańskim świecie. I dzięki stwórcy! Jestem pełna podziwu dla jego kunsztu i regularności. Na piąty tom sagi Martina czytelnicy musieli czekać sześć lat. Erikson wydaje książki w częstotliwości jedna na rok/dwa lata.
               Steven Erikson i jego Wspomnienie lodu: Jasnowidz dostaje u mnie 10 tak jak i cała seria
                
               Wydawnictwo: MAG
               Rok wydania: 2002
              

1 komentarz:

  1. Nie bardzo lubię czytać książki o wojnach... :/ Ale zaintrygowałaś mnie tą serią i chyba skuszę się na pierwszą część. Wtedy zdecyduję czy czytać dalej :)

    OdpowiedzUsuń