niedziela, 11 grudnia 2011

Stephen King - Mroczna Wieża I: Roland


                Stephena Kinga przedstawiać nie trzeba. Pisarz sławy światowej, którego książki sprzedają się w milionach egzemplarzy i który jest nazywany „mistrzem horroru”. Przeżył śmierć kliniczną a swoją pierwszą książkę „Carrie” napisał w piwnicy i dostał z nią bardzo dużo pieniędzy.
                Z drogim panem Kingiem miałam styczność tylko raz. „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” jest niemalże moją Biblią, książkę tą kocham i wielbię. Bowiem nie tylko podpowiada aspirującym pisarzom, jak zabrać się do napisania książki (pamiętajcie: piszę się litera po literze, słowo po słowie!), jest to również swoisty pamiętnik, bowiem opisuje on życia pisarza do dramatycznego wypadku  z udziałem miniwana, oraz po nim.
                Teraz przyszła pora, bym zrecenzowała jego pierwszą  (dla mnie) fabularną książkę.

                Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał w ślad za nim.” – według wielu pisarzy, jest to najlepsze pierwsze zdanie, jakie zostało napisane… właściwie kiedykolwiek. Jest krótkie i dzięki niemu czytelnik nie może oderwać się od książki przez najbliższe godziny.
                Bo właściwie kim jest człowiek w czerni? Nie wiemy. Kim jest rewolwerowiec? Jego imię poznajemy około setnej strony książki. King nie potrzebuje dokładnych opisów. Wystarczy jedno słowo: rewolwerowiec. I czytelnik wie, jak wygląda główny bohater.
                Przez całą książkę rewolwerowiec (który nazywa się Roland i nie, nie jest to jakiś wielki spoiler) ściga człowieka w czerni, podąża jego śladem nawet gdy kończy mu się woda i jedzenie.  Odwiedza po drodze niezbyt przyjemne małe miasteczko, które jest ostatnim bastionem cywilizacji na pustyni i ściga swojego wroga, by zemścić się.
                Po drodze okazuję się, że świat Rolanda zniszczyła rebelia. Jaka? Tego sam autor nie wie, co piszę w posłowiu. Czytelnik dowiaduje się, że w świecie rewolwerowca istnieje Wieża, którą ten poprzysiągł zniszczyć. Ale jaka wieża? Tego czytelnik w tym tomie się nie dowiaduje…
                Jak na pierwsze, fabularne spotkanie z Kingiem, było nieźle. Cenię go sobie za to, iż używa niemalże minimalnej ilości opisów, i na przykład nie opowiada przez półtorej strony w co był ubrany główny bohater. Skupia się bardziej na psychice i na motywach, które poruszają jego postaciami i to się ceni. W „Mrocznej Wieży: Rolandzie” jest dużo scen przemocy i trochę przekleństw i wszystko jest zgrabnie opisane. Czytelnik po zakończeniu książki chce więcej, bowiem wiele pytań zostało bez odpowiedzi.
                Jest to początek „epickiej sagi” jak sam ją nazywa King. I nie mogę doczekać się jej zakończenia, bowiem przewiduje, że będzie bardzo dobre i zaskakujące.  Bowiem nie zauważyłam żadnych minusów tej książki. No, owszem, momentami książka jest odrobinę nudna, ale wszystko ma swój cel. Nie ma ona rozdziałów, jest podzielona na długie fragmenty, co moim zdaniem jest plusem, chociaż brakuje mi ich w spisie treści, i powstawała ponad dwanaście lat. W tym momencie składam pokłon pełny szacunku panu Kingowi, bowiem wiem, jak często można wpaść na genialny pomysł, który na początku był wielki niczym Ziemia, a po kilku tygodniach myślenia o nim skurczył się do ziarenka grochu.
                W swojej skali od 1 do 10 ocieniam książkę na mocną 9.

Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2003
Ilość stron: 256

3 komentarze:

  1. Och, niedawno przeczytałam całą MW (za drugim przusiadem, dwa lata temu doszłam do czwartego tomu i odpadłam z braku czasu i wgl). Bardzo dobry cykl, pierwszy tom jest jedym z moich ulubionych (po Wilkach z Calla)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie łam się! :D To się bardzo dobrze czyta. Mi calość zajęła co prawda chyba 2 czy 3 tygodnie, ale to dlatego, że miałam masę innych zajęć :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam wrażenie, że możesz mieć z nami więcej wspólnego niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Na pewno lubimy DW, a Cydowa nie dalej jak przedwczoraj wspominała o tym, że chce ponownie przeczytać Mroczną wieżę.

    OdpowiedzUsuń